Ksiądz Jan

Ks. Jan Twardowski (Warszawa, 1987) ©.Marian Schmidt

Jan TWARDOWSKI urodził się w Warszawie 1 czerwca 1915 roku. Głęboka pobożność matki dominowała w rodzinie. Właśnie matka jest najpiękniejszą postacią żyjącą w świecie poezji Twardowskiego. Pojawia się tam zazwyczaj na moment, dyskretnie, ale przynosi wiele serdecznych uczuć i wspomnień. Jak choćby w nostalgicznym wierszu „W niebie”: 

— i widzę wreszcie moją matkę
w nie spalonym domu
przyszywa guzik co się gubił stale

Ile trzeba przejść nieba żeby ją odnaleźć. Twardowski uczęszczał do cenionego w międzywojennej Warszawie gimnazjum imienia Tadeusza Czackiego. Rzecz to w naszych czasach niespotykana – okres szkolny rozbudził w chłopcu aż dwa zamiłowania. Pierwsze odpowiadało profilowi gimnazjum. Podczas lekcji biologii u Władysława Kociejowskiego i wakacji w dworkach na prowincji Twardowski odkrywał w sobie naturę przyrodnika. Z upodobaniem uczył się rozpoznawać zwierzęta i rośliny.

Drugie zamiłowanie jeszcze silniej zaważyło na przyszłości gimnazjalisty. Była nim literatura. Twardowski należał do redakcji „Kuźni Młodych”, gdzie stawiał pierwsze poetyckie i publicystyczne kroki. Międzyszkolne pismo, o którym mowa, było istotnie kuźnią talentów – wielu głośnych później pisarzy tam rozpoczynało twórczość. Zamiłowanie literackie zawiodło Jana Twardowskiego na wydział humanistyczny Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie aż do wybuchu wojny studiował u profesora Wacława Borowego. Okupacja wywołała u młodego poety potrzebę pogłębienia religijności. Przynależność do Armii Krajowej, udział w Powstaniu Warszawskim, nawet publikowanie wierszy w prasie podziemnej schodzą na plan drugi wobec powołania kapłańskiego, które rozpoznał, jakby w olśnieniu, podczas jednej z nocy.

W roku 1945 Jan Twardowski wstąpił do warszawskiego seminarium duchownego. Nie zaprzestał pisania wierszy. W roku 1948 przyjął święcenia kapłańskie, miał trzydzieści dwa lata. Rok wcześniej złożył egzamin magisterski na uniwersytecie, kończąc tym samym przerwane z powodu wojny studia polonistyczne.
Pierwszą parafią, do której trafił, był Żbików, peryferyjna dzielnica Pruszkowa. Na księdza, świeżo po prymicji, czekał nie tylko wikariat, lecz także funkcja katechety w Państwowej Szkole Specjalnej. O Żbikowie do dziś mówi ze wzruszeniem. W jego poetyckim widzeniu wieś zawsze wywołuje pogodę ducha i co ważniejsze, chrześcijańską afirmację świata:

Wiejska parafio moja, pocieszny Żbikowie –
kto twe kaczki wychwali twe stawy opowie

Przeciwieństwem wsi jest miasto:

Ucałuję cię, Biblio, bo w tobie są słowa, 
że Kain pierwszy miasto na ziemi zbudował – 
stąd pewnie w miastach wszystkich, w miejskich strutych kwiatach,
w obłędzie ulic chodząc – widzę złego brata.

Motyw sakralności wsi i profaniczności miasta mieści się w czarnoleskim nurcie literatury polskiej.
Bardzo podobnym kontrastem posłużył się Cyprian Norwid we „Wspomnieniu wioski”:

Miasto – to przedsień piekielnej zatraty 
Patrz – tam zjawiska gmatwają się tłumne 

[…]

Wieś!… to me życie, to podarek Boży! 
To kwiat co spada z anielskiego czoła.

W latach pięćdziesiątych ksiądz Jan Twardowski unikał publikowania wierszy. Twórczość ukrył głęboko w sferę prywatności. Wyjątkowy jest utwór z tego okresu rozpoczynający się od słów: „Kocham deszcz, który pada czasem w Komańczy”. Czytelna aluzja przywołuje osobę więzionego w tym czasie Prymasa Polski. Wiersz ten przyjęty przez kardynała Stefana Wyszyńskiego z wdzięcznością, pozostał jako pamiątka w celi klasztoru Sióstr Nazaretanek. Odkrywcą talentu Jana Twardowskiego był znany pisarz katolicki Jerzy Zawieyski. Taką notatkę umieścił w swoim dzienniku pod datą 28 lipca 1955 roku: „W drodze powrotnej zaszedłem na Żoliborz do znakomitego poety księdza Twardowskiego (który był wówczas wikarym w kościele Świętego Stanisława Kostki). Czytał mi swoje wiersze, jeden z nich jest mnie dedykowany. Wiersze są zadziwiające prostotą i pięknością. Jest w nich ogromny urok. Są autentyczną poezją. […] Wszystko jest nasycone realiami życia kapłańskiego. To właśnie jest nowe i odkrywcze. Twardowski mówi najzwyklejszym słowem o Bogu, mówi tak, jak się modli. Dlatego jego poezja jest czymś jak religia”.

Dopiero u progu lat sześćdziesiątych, dzięki staraniom Zawieyskiego, ukazał się pierwszy powojenny tomik poety. Pallotyni wydali w 1959 roku „Wiersze” w małym nakładzie i z przeznaczeniem na subskrypcję. Książeczka właściwie łączyła tomiki dwóch poetów: Jana Twardowskiego i Pawła Heintscha, co nie było pomysłem trafnym. Rozeszła się natychmiast, obejmując jednak niewielki krąg czytelników, mimo że „Wiersze” powielano w niezliczonych kopiach maszynopisu.

Przez kolejne dziesięć lat nie wyszedł drukiem żaden tomik Jana Twardowskiego. W roku 1970 wychodzi tomik „Znak ufności”. Ma sukces niebywały. Natomiast ksiądz Twardowski, zakłopotany nieco rozgłosem, jakiego się doczekał, tłumaczył, że sprawiła to korzystna atmosfera posoborowa oraz urok Jana XIII. „Znaki ufności” są przede wszystkim kontynuacją i wzbogaceniem wątków już znanych u Twardowskiego. Ksiądz jest nadal bohaterem lirycznym wierszy, jest to w dalszym ciągu ksiądz wiejski. Nieswojo czuje się w bogatych wnętrzech warszawskich świątyń – w „salonach Pana Boga”. Nie ukrywa, że najlepiej było w „kościele z posadzką od pacierzy wytartą i krzywą […] gdzie modliłem się, żeby nigdy nie być ważnym”. Od tego tomiku zaczyna się również głębsze spotkanie Twardowskiego z „niewierzącymi”. Do ludzi niewierzących nie można mówić językiem teologicznym. Nie zrozumieją. Twardowski tłumaczy: „wiara moja, jak i innych ludzi, podobnie jak niewiara, wydaje mi się tajemnicą”. Wyjaśnia, że tajemnica to nie sekret – „odkrywamy ją i stale pozostaje tajemnicą”. Dlatego najtrafniej może wyrazić treści sakralne językiem paradoksu. W czasach współczesnych paradoksem bodaj najlepiej posługiwała się Simone Weil. Jest to jedyne nazwisko, które wymienia Twardowski bez wahania, zapytany o literackie inspiracje swojej twórczości. „Bóg może być w stworzeniu obecny tylko w formie nieobecności” – pisała Weil. Twardowski odpowiada, jak echo:

więc to Ciebie szukają nic nie wiedząc o tym 
pisząc o dziurze w niebie o bólu zdumienia
czy Bóg być musi jeśli Boga nie ma.

Trzy lata po „Znakach ufności” kolejna książka Jana Twardowskiego zdobyła zasłużone uznanie. Krakowski „Znak” wydał „Zeszyt w kratkę” z podtytułem „Rozmowy z dziećmi i nie tylko z dziećmi”. Pomysł zrodziła praktyka duszpasterska – słynne Msze święte niedzielne dla dzieci o jedenastej w kościele Wizytek w Warszawie. Kazania, a później opowiadania w książeczce były niezwykle proste. Urzekał jeden ich walor: godziły ogień z wodą – artyzm z dydaktyką. Znowu lata oczekiwań na kolejny tom wierszy. W roku 1979 ukazuje się pierwszy tomik Twardowskiego w oficynie państwowej i od razu nagroda poetycka Pen-Clubu na rok 1980. Jest tomik pod tytułem: „Poezje wybrane”. Twardowski nigdy nie zrażał się długim oczekiwaniem na publikacje książkowe. Przeciwnie, mówi z przekorą, że „jeżeli autor wydaje często tomy swoich wierszy – czyni to na swoją niekorzyść. Nie pisze, ale wypisuje się”. Tak też każdy następny tomik był wyborem, do którego poeta dodawał kilkadziesiąt lub kilka nowych wierszy.

Jan Twardowski dziwi się swojej popularności. Nie przypisuje zasługi zaletom pióra. Wierzy w Anioła Stróża wierszy.

[…] Szczególna wrażliwość na wieczną udrękę ludzkich wątpliwości i niespełniane latami oczekiwanie na radość wiary jest także jedną z głębszych wartości jego poezji. Twardowski napisał kiedyś o wierszach Zbigniewa Jankowskiego, że „są próbą tworzenia nie spotykanej u nas jeszcze poezji religijnej, zwróconej zwłaszcza do ludzi z pogranicza wiary, których jest tak bardzo wielu. «Przyszedłem ogień rzucać na świat – mówił Jezus – nie chciałbym, by go zgaszono». Ma się wrażenie, że Twardowski w tych słowach jakby sam o sobie mówił.

Prezentowane wspomnienie ukazało się jako tekst od redakcji „Naszej Rodziny”, pallotyńskiego miesięcznika ukazującego się w Paryżu od września 1944 do grudnia 1999 roku.

Archiwum / „Nasza Rodzina” 6 (513) 1987, s. 23-24.