Parabola ludzkiej kondycji

Irmina Kosmala (Gniezno, 2026) © Dawid Stube

Spoina Irminy Kosmali pozostawiła we mnie coś w rodzaju pieczęci, która kończy pewien proces, zatwierdzając go swoją powagą, dopełnieniem, swoistą kropką nad i. Pod pieczęcią nie ma już ciągu dalszego, można co najwyżej odczytać mniej lub bardziej wyraźny podpis, którym ktoś sygnuje to, co za/o/pieczętowane.

Po lekturze Złudy wiedziałam, czego mniej więcej spodziewać się po prozie Kosmali. Byłam pewna, że czeka mnie podróż po świecie onirycznym, wieloznacznym, wielowątkowym, niedopowiedzianym, który zaprasza mnie do współtworzenia fabuły poprzez wewnętrzne wędrówki wyobraźni, interpretacji i odczytań. Czeka na mnie świat, w którym przestrzeń i czas ulegają ciągłym przekształceniom, a tym, co niesie narrację, jest nie tyle realizm, dbałość o szczegóły, dosłowność, rozbudowane psychologiczne opisy postaci, co raczej wizyjność i poetyckie niedomówienie.

Okładka książki (2026) ©.Wydawnictwo.Zeszyty Poetyckie, Brzeg

I nie zawiodłam się, bo Spoina doskonale wpisała się we wszystkie moje antycypacje, domykając je przekonaniem, że autorka Złudy pisze podobnie do malarza, który wykonuje szybkie, niezwykle ekspresyjne szkice fragmentów poszczególnych postaci, miejsc, wydarzeń, z których być może kiedyś zbuduje pełne dzieło, ale które to rysunki traktuje równocześnie jako pełnoprawne kompozycje, wytwory, w które wkłada tyleż samo kunsztu, miłości i zaangażowania, co w wielowarstwowe epopeje malarskie.

Kosmala pisze tak, bo w moim przekonaniu to jest jej wybór, zamierzony styl i osobisty sposób postrzegania rzeczywistości. Jej światy przedstawione są może nieco porwane, przypominają momentami zbiór szkiców z teczki artysty malarza, ale zarazem w takiej narracji jest konsekwentna, kontynuuje ją w kolejnych tytułach, a zatem jest to świadomy zabieg literacki, warsztatowy, do którego ma pełne prawo.

Już Roman Ingarden pisał, że literatura niejako z natury jest niedookreślona, a ilość i rozmieszczenie tych „niedokończonych” miejsc w utworze są zmienne i zależą od jego rodzaju, stylu, jak i indywidualnego piętna artystycznego. Kosmala doskonale to wyczuwa, dlatego z dostępnego panoptikum postaci wybiera tylko te, które pragnie naświetlić, ożywić, które przemawiają do niej samej, w panoramie wydarzeń i miejsc namaszcza tylko te, które w swojej wizji postrzega jako konieczne dla zaistnienia bohaterów.

I choć pisze również o historycznych osobach oraz punktach de facto istniejących na mapie, nie czuje się przymuszona do werystycznych czy też historiograficznych opisów. I całe szczęście, bo wtedy byłaby to literatura faktu, reportaż lub ewentualnie historyczna eseistyka, nie zaś literatura piękna. O wiele trafniejszym wyborem był ten dokonany przez Kosmalę, który umieścił Spoinę gdzieś na skrzyżowaniu powieści parabolicznej, opowiastki filozoficznej, a nawet pewnych cech dramatu, dzięki czemu powstał utwór pokrewny Kafce, Schultzowi, a nawet pod pewnymi zastrzeżeniami Conradowi.

Czy to dobre pokrewieństwo? Dla mnie wyśmienite i autorka nie ma się czego wstydzić, że do takich mistrzów pióra aspiruje. Nie każdy musi być i mało komu udało się być Dostojewskim, Myśliwskim czy Mannem. Powiedzmy sobie szczerze, udało się to tylko tym trzem panom. Kosmali natomiast udało się, w moim odczuciu, wypracować własny styl i warsztat, który przełożył się na stworzenie głęboko prawdziwego obrazu osób chorych psychicznie.

Zawodowo pracuję z młodzieżą ze spektrum autyzmu i ten temat jest mi niezwykle bliski zarówno w teorii, jak i praktyce. Mogę śmiało powiedzieć, że moja praca polega na wchodzeniu w buty tych osób po to, by móc im towarzyszyć w odpowiedniej bliskości, ale zarazem dystansie. Z tego powodu bardzo mocno przemówiło do mnie zdanie lekarza psychiatry skierowane do Andrzeja Apejrona: „To, co u innych rozmywa się w codzienności, u pana wybrzmiewa jak krzyk” (s. 22).

W tym właśnie momencie lektury zrozumiałam, że autorka wyczuwa, na czym polega istota problemu Profesora, dostrzega, że jego dusza jest z pergaminu, który szalenie łatwo można potargać, który chłonie najmniejszą kroplę, i przez który widać to, co dla innych jest zasłonięte, nieistotne, wręcz nieistniejące. Zrozumiałam, że pisarka nie postrzega swoich bohaterów jako chorych, z defektem, tak czy inaczej poszkodowanych przez los, nie uwzniośla ich diagnoz, nie nadaje anielskich cech przy równoczesnym demonizowaniu czy może wręcz zidiocianiu świata zewnętrznego. Ona po prostu wchodzi w ich buty.

Kosmala pisze o pacjentach Dziekanki niejako od środka, widzi ich takich, jakimi są rzeczywiście i jakimi jawią się sobie nawzajem. Stąd ich przyjacielskie rozmowy i relacje opisywane z poziomu doskonale rozumiejących się kumpli – takich samych, jakimi mogliby być w pracy, na uczelni, w sąsiedztwie, gdyby było im to dane. Autorka Spoiny niejako odsłoniła prawdziwe twarze chorych, odkryła człowieczeństwo w rysach, które dla lekarzy są często już tylko łacińską nazwą rozmaitych paranoi, zdrowych przerażają swoją gwałtownością i niezrozumiałością, a artystów interesują jedynie jako motyw takiego czy innego dzieła.

W tej swoistej grupie wsparcia największym odkryciem jest dla mnie osobiście Paraklet, o którym Kosmala pisze tak: „Paraklet to Pocieszyciel. Duch, który przychodzi, gdy wszystko inne zawiodło. Obrońca w sądzie ostatecznym.

I rzeczywiście – Paraklet nie mówił wiele. Ale gdy Hiob zdzierał z siebie ubrania i wył jak zarzynane zwierzę, Słupnik chował się pod stołem pod napływem manii prześladowczej, a Prometeusz okaleczywszy wcześniej swoje ręce, dobierał się do rozdrapywania brzucha, on pojawiał się w odpowiednim momencie. Po prostu siadał obok, kładł dłoń na ramieniu i milczał w taki sposób, że wszystko, co w nas umierało, dostawało jeszcze jedną szansę” (s. 64).

Nie potrzeba więcej słów. Także o akcji T4 nie potrzeba nic więcej, bo czego oczekiwaliby niewystarczająco nasyceni prawdą i faktami w Spoinie? Więcej krwi, spazmów, przekleństw, historycznych oskarżeń, kłótni o prawdę? Głodnym werystycznych i faktograficznych opisów polecam lekturę Obciążonych Götza Aly’ego. Mrozi krew w żyłach upiornością eutanazji w wykonaniu nazistowskich Niemiec.

Spoina nie dlatego powstała, by być kroniką Dziekanki ani akcji T4 w niej przeprowadzonej, nie dlatego, by być studium obłędu takiego czy innego. Wydaje mi się, a nawet jestem pewna, bo to pozostało we mnie po wnikliwej lekturze, że Spoina jest nade wszystko parabolą ludzkiej kondycji, człowieczeństwa jako takiego, które zarówno w obliczu własnego, jak i cudzego (także narodowego, społecznego, kulturowego, historycznego) szaleństwa, pomimo nieraz głębokich pęknięć w duszy, pamięci, osobowości, pozostaje niewymazywalną łaską, darem, którego żaden dekret, najzacieklejsza nawet nienawiść ani uzurpatorskie wizje oczyszczenia świata nie są w stanie odebrać nam, jeśli sami ich nie sprzedamy za garść srebrników.

Katarzyna KUROCZKA

Irmina Kosmala: Spoina, Gniezno 2026, ss. 206.

Katarzyna Kuroczka (dawniej Bereta; 1977) − doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, eseistka, publicystka, krytyk literacki, poetka, prozaik, nauczyciel dyplomowany. Stypendystka Ministra Kultury w dziedzinie literatury (2014, 2018). Współpracowała z szeregiem instytucji kulturalnych na Górnym Śląsku, m.in. była kierownikiem działu krytyki literackiej miesięcznika „Śląsk”. Autorka licznych tekstów naukowych, popularnonaukowych, publicystycznych, eseistycznych i literackich oraz wywiadów z ważnymi postaciami kultury i nauki. Jej wiersze były tłumaczone na język rumuński i czeski. Najnowszy e-tomik poezji smuga (2021) dostępny jest na stronie Kuźni Literackiej. Fragmenty dramatu Ja, Gustaw były emitowane na antenie Radia Katowice. Na antenie tej rozgłośni wystąpiła także w kilkunastu programach poświęconych jej twórczości literackiej, badaniom naukowym i projektom edukacyjnym. Słuchowisko radiowe Witraże zostało wystawione w formie teatru impresyjnego przez zespół offowy Teatr Franciszka w Katowicach. Prowadzi blog: www.kuroczka.blogspot.com.

Recogito, rok XXVII, maj 2026