O ludziach i miejscach zapomnianych

Poniemiecki dom w Święciechowie (2016) © Z archiwum E. Tomana

Nigdzie nikogo. Z kim tu rozmawiać? Cisza, bezruch. Wsi spokojna, wsi umarła. Nade mną szeleszczą jedynie przydrożne kasztanowce i klony.

Żeby zupełnie się nie rozkleić, oględziny pegeeru zostawiam sobie na później. Zaskakuje mnie jeszcze dom rolnika Eugeniusza Szczepańskiego, którego znałem. Stał obok ruin niemieckiego kościoła – znikł do fundamentów. Pamiętam tamtego mężczyznę, miał połowę lewego ucha, które ponoć odmroził sobie na Syberii. Tyle po nim zostało… Dalej był staw, teraz zasypany, porośnięty trawą i chwastem.

Pukam do drzwi na ganku domu znanego mi krawca naprzeciwko nieczynnej szkoły. Nikt nie odpowiada.

Na krańcu wsi obie równoległe wewnętrzne drogi łączą się. Dalej szosa w dość dobrym stanie prowadzi wśród drzew do kolejnej krzyżówki i do stacji kolejowej, oddalonej o półtora kilometra. Jej rozjazd prowadził prosto na pola małorolnych chłopów wsi Raduń i w prawo na polną drogę, wysadzoną gruszami i jabłoniami. Tam był mój skrót rowerowy do miasta. Teraz ta droga jest porośnięta krzewami akacji i ta – w kierunku stacji, niegdyś czereśniowa.

Jedźmy dalej.

Oto stacja i dom kolejarzy zbudowany z czerwonej cegły. Na lewo przed torowiskiem brukowana droga. Jak niewiele potrzeba, by wróciły wspomnienia. Niegdyś chodziłem tam po drewnianych podkładach. Pod zbliżający się pociąg układałem na szynach aluminiowe groszaki. Potem zbierałem rozpłaszczone. Jeździłem z matką do lasu na jagody. W lesie zaznaczałem kijkami drogę powrotną do stacji w Kiełpinie. Byłem już harcerzem. Nie zabłądziliśmy.

Nikogo nie widać. Stacja nieczynna. Od dawna nie przejechał tędy żaden pociąg. Obok piętrowego budynku stoją dwa stare samochody osobowe, przed nimi na peronie – ogródek warzywny. Tory kolejowe zarośnięte. Na sznurze rozpiętym na dwóch słupkach suszy się bielizna. Dość. Koniec wyprawy. Nie mam ochoty z kimkolwiek rozmawiać. Ależ metamorfoza! Zawracam. Nie ma tu czego szukać. Zbliża się pora obiadowa. Nie popatrując na boki, jadę szybko do miasta, jak kolarz wyścigowy. Uciekam od tych widoków nędzy i rozpaczy. Całą drogę zastanawiam się, po co tu przyjechałem.

Spalony pałac w Wardyniu (2016) ©.Eugeniusz Toman

Rankiem wyruszam do Podegrodzia. Ta poniemiecka osada leży nad rzeką Drawą. Jadę uzbrojony w historię, bo to miejsce domaga się szczegółowego oglądu. Ten dawny Schlossgut to Zamkowe Dobro, liczy około 50. mieszkańców, w większości przybyłych z Drawna i nawet ze Śląska w poszukiwaniu czystego powietrza. Ostatnim jego właścicielem był Moritz Henrik von Wedel. Zostały po nim pola uprawne, niewielki pałac i dwa rzędy domów, rozdzielonych dwiema drogami, jak w Wardyniu. Przy polnej drodze w kierunku rzeki straszy zarośnięty cmentarz. Widać wysoką kaplicę z palonej cegły: rozbebeszona, bez podłogi i oznak sakralnych, obok dziewięć grobów z wystającymi z trawy kamieniami. Nieco wcześniej jest inne cmentarzysko – złomowisko rolniczego sprzętu, zardzewiałe samochody, długi budynek z rozpadającym się dachem dla krów i koni. Naprzeciwko coś niebywałego: odnowiony pałac, jakby urągający temu widowisku! Na szerokim żwirowanym dziedzińcu, okolonym murkiem z piaskowca, zapraszają odstraszające kolumienki z żółtymi maszkarami.

Niskiego wzrostu chudy mężczyzna w wygniecionym uniformie podchodzi do samochodu. Okazuje się być tu właścicielem pałacu. To były elektryk z Siemianowic Śląskich. Prowadzi z córką hotel turystyczny i obsługuje niewielkie zoo z danielami i mniejszą zwierzyną Na początku złomowiska stoi jego traktor, którym obrabia 16 hektarów popegeerowskiego pola. Wychwala komunistycznego partyjniaka, co to wprowadził nasz kraj do Unii Europejskiej. Pomógł mu uzyskać unijne dotacje. A to wszystko wokół zostało pominięte, żachnąłem się na myśl o niedokończonych przemianach, widząc stare domy i brak odnowy wzdłuż drogi, którą przybyłem.

Dom urodzenia autora w Podegrodziu (2022) ©.Eugeniusz Toman

Urodziłem się w innym Podegrodziu, w osadzie przesiedleńców. Robię zdjęcia. Po drugiej stronie szosy, w równym rzędzie kilku domów, pierwszy stoi nasz… Już nie z pruskiego muru, jak opowiadała mi matka, ten został otynkowany. W nim mieszkała moja rodzina, miałem 2 lata, gdy się stamtąd wyprowadziliśmy. Wysiedleńcy z Jureczkowej w Podegrodziu zamieszkali w dwuizbowej lepiance. Najpierw trzeba było zalepić w ścianach dziury po szczurach. Ich umeblowanie składało się ze stołu, ławy, pięciu zydli, starej szafy i trzech łóżek. Najstarsza córka Anna dwa razy dziennie doiła dwadzieścia pegeerowskich krów, jej matka Maria pilnowała dwoje najmłodszych dzieci. Obiady gotowała na palenisku, z czego się dało. Doiła swoje 2 krowy, wyrabiała masło w maselnicy i piekła chleb w piecu dostępnym dla wszystkich przy pegeerowskiej oborze. Siedemnastoletni Franciszek początkowo pasł sto pegeerowskich krów, potem nauczył się jeździć na traktorze. Piętnastoletni Stanisław oprzątał konie. Płacono im zbożem i kartoflami.

Wardyń – ścięte topole na obrzeżu miasta (2024) ©.Eugeniusz Toman

Żegnam się. Za domem Heleny Sielewicz i jej syna na tle horyzontu błyszczą po prawej dwa stalowe silosy zbożowe. To własność jakiegoś Duńczyka, który dzierżawi tu ziemię; nikogo ze wsi nie zatrudnia. Obok rozłożył się tartak, którego właścicielem jest były kierownik pegeeru ze Stradzewa. Wokół, jak w powojennej scenerii, rozciąga się rumowisko chlewni i cielętnika. Ścięte drzewa… silosy… ruiny… dewastują krajobraz. Zakręcam w stronę lasu, gdzie kiedyś rosło zboże.

Na całym terenie stoi kilkanaście budynków. Blok z wielkiej płyty jest niedokończony. Powstało tu nowe osiedle. Na pewno ktoś tu mieszka. W oknach wiszą firanki. Nie ma parku, ławek, placu zabaw… Nie widać żadnego przechodnia… Może dlatego, że zbiera się na deszcz. Wzbraniam się kogokolwiek niepokoić. Opowieści mieszkańców będą podobne. Więcej nie da się wyjaśnić. Nic tu po mnie.

Jadąc drogą na Drawno długo ciągnie się za mną dźwięk pił tarczowych. Ołowiana chmura gęstnieje, zapowiada się burza. Duże krople rozbijają się o przednią szybę. W tartaku cichną piły jakby na pożegnanie. Po chwili leją się strugi. Wycieraczki ledwie nadążają ze zgarnianiem wody. Deszcz potęguje smutek.*

Eugeniusz TOMAN

*Fragmenty prozy pochodzą z przygotowanej do druku opowieści Orle miasto o losach mieszkańców Choszczna i okolicznych wsi popegeerowskich.

Eugeniusz Toman (1949) lotnik, dziennikarz, autor prozy dokumentalizowanej.  Ukończył Liceum Ogólnokształcące w Choszcznie, następnie Wyższą Oficerską Szkołę Lotniczą w Dęblinie (1971) i Uniwersytet Warszawski na wydziale dziennikarstwa (1988). Latał na szybowcach Czapla i Bocian, na samolotach śmigłowych Junak-3 i TS-8 „Bies” oraz na odrzutowcach typu lim. Po dęblińskiej promocji przez dziewięć lat służył w pułkach lotniczych: w Mirosławcu i świdwińskiej dywizji. Będąc publicystą tygodnika lotniczego Wirażew Poznaniu, zajmował się bezpieczeństwem latania (w latach 1991-1995 pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego). Nazwisko literackie Toman przyjął po dziadku legioniście. Opublikował ponad 900 artykułów i reportaży, pisał opowiadania i wiersze. Jest autorem opowieści o lotnikach: Podniebni żołnierze (2015), Boski Order (2020), Śmiercionośne skrzydła (2020), Alarm pod gwiazdami (2021), Odlecieli z „Gniazda Orląt” (2025) oraz tomiku wierszy Samotny lot (2020). Jego wiersze znajdują się w almanachu polsko-ukraińskim Czas pojąć ten świat – czas ukoić ból (2024). Współorganizował wieczory poetycko-muzyczne w poznańskim Klubie Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”, który prowadziła poetka Teresa Tomsia. Publikował na łamach „Latarni Morskiej”, „Kuźni Literackiej”, „Protokołu Kulturalnego”, polonijnego portalu „Recogito”.

Recogito, rok XXVII, marzec 2026