
O niekończącej się batalii, o codziennych zmaganiach, o potrzebie dzielenia się swoimi przemyśleniami czy przeżyciami, często więcej niż opasłe woluminy (czy nieograniczona wirtualna przestrzeń), mówi nam to, co wiążemy z artystyczną kreacją, niebanalnym podejściem do otaczającej nas rzeczywistości. Im częściej mamy do czynienia z owym błyskiem inwencji czy ascendencji, tym większa jest szansa na wnikliwszy ogląd. A tym samym na nieuleganie intelektualnym modom, ideologicznym naciskom czy zwykłej indolencji.
Józef Tischner, częsty gość pallotyńskiego domu przy rue Surcouf, mówił i pisał o ludzkim dramacie wyboru. O myśleniu w żywiole piękna. I wymagającym wielu wyrzeczeń dążeniu do dobra. Jak też o, niemożliwym bez intelektualnego i wolicjonalnego wysiłku, dochodzeniu do prawdy. Nie tylko prawdy o sobie. Na ów, w dużym stopniu rękodzielniczy, wkład w powstanie najbardziej pojemnej, czytelnej dla innych formy, pobudzającej do refleksji, a czasem kontemplacji, wskazują zdobiące okazjonalnie istniejącą ponad pół wieku salę prace. Reprezentujące trzy pokolenia. Trzy spojrzenia. Odmienne perspektywy. Róże doświadczenia i podobne życiowe wybory. A jednocześnie chęć nieskrępowanego wyrażenia swoich racji i ukazania swojej wizji. Poniekąd, dzięki spotkaniu w Centre du Dialogue, mamy sposobność sprawdzić, czym jest – tak myślenie jak i działanie w żywiole piękna.
*
Witold Urbanowicz, rocznik 1945, choć Zarzecze Jeleniewskie opuścił w 1959 i w roku 1972 na stałe związał się z Paryżem, rodzinną Suwalszczyznę wskrzeszał na swoich płótnach. Znajdując przystań nieopodal wieży Eiffla, trochę z przypadku, trochę z wymogu chwili zaczął rzeźbić i malować – jak sam zwykł to ujmować – żeby nie zwariować. Nigdy nie brakowało mu szalonych pomysłów ani oryginalnego podejścia do rzeczywistości. Do realiów, z jakimi przyszło mu się konfrontować choćby z pomocą ciętej satyry, rysunkowej „Monachomachii”, do codziennych i niecodziennych spraw podchodził zawsze z humorem. Dzięki temu udało mu się odeprzeć brutalne ataki, próby zdyskredytowania go, jak i trudny okres wykluczenia, gdy bez uprzedzenia został odsunięty od swoich funkcji. Nie z własnej woli przestał się zajmować graficzną oprawą pallotyńskiego czasopisma oraz drukarskimi sprawami. Potrafił jednak skupić się na tym, co pozwalało dać upust niespożytej inwencji. Nie uciekał od zasadniczych, tak egzystencjalnych jak i religijnych kwestii. Trzymał się imponderabiliów. Żywo reagował na bieżące sprawy, a jednocześnie nieustannie powracał i powraca do swojej krainy dzieciństwa. Uniwersum Urbanowicza to krajobrazy i postaci jakie w szczególny sposób odznaczyły się w jego duszy. Niegdyś, siedząc na zewnątrz kawiarni, zapytany, co i gdzie studiuje, odpowiedział koledze, że sztuki piękne. I wskazał na piękne paryżanki. W początkach swej nadsekwańskiej przygody z malarstwem, w typowy dla siebie sposób, nie tyle zwrócił, co odwrócił uwagę. Chciał, żeby jego interlokutor odstąpił od utartego schematu. A zarazem, żeby dostrzegł w nim potencjał nieskrępowanej woli twórczej i artystycznej wyobraźni. W gruncie rzeczy ani ulica, ani napotkane osoby nigdy nie interesowały go tak bardzo jak duchowy pejzaż, asomatyczny a zarazem afektywny korelat znaczeń i konkretnych zdarzeń. Jego domeną jest i pozostanie umiejscowienie i odnalezienie się: w świecie, w wierze, w życiu i sytuacjach granicznych, w miłości i namiętności, w tym, co przemijające i w tym, co poza ziemskim horyzontem.
*

Artur Majka, rocznik 1967, w rodzinnym Tarnowie, w tamtejszym liceum plastycznym, rozpoczynał zgłębianie rzemiosła, które nie od razu pochłonęło go bez reszty. Gra na skrzypcach i lekcje baletu, jak i doskonalenie się w sztukach walki, głównie w Kyokushin, a także zgłębianie tajników architektury w krakowskiej politechnice, poprzedziły jego przygodę z malarstwem. Ukończone w 1996 roku studia w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych przypieczętowały zasadniczy, odważny życiowy wybór. Przez lata, zmagając się z przeciwnościami, łączył różne profesje. I, mając na swoim koncie liczne ekspozycje, projektował nowe osiedla, dołożył swoją cegiełkę do rozbudowy lotniska w Roissy. Parał się zajęciami, które wykraczały daleko poza domenę plastyczną. Mógłby się też poszczycić okładkami do książek i płyt, plakatami, jak i inscenizacją wnętrz. Zawsze należał do wąskiego grona osób, które nie skupiają się na sobie. Nie epatował swoją osobą. Nie mówił o własnych osiągnięciach, a jednocześnie ciągle – swoją postawą, swoimi umiejętnościami, swoją oryginalnością – wskazywał, co jest ważne. I co jest tajemnicą wszelkiego twórczego zaangażowania. W mozolnym, nierzadko wyczerpującym wysiłku poszukiwania modus vivendi – balansowania pomiędzy koniecznością a wolnością, to jest poszanowania surowych reguł warsztatowych i dania upustu fantazji, nie tylko własnej inteligencji czy wyobraźni – pokazywał, że możliwy jest prawdziwy kunszt. I że to, do czego większość nie dochodzi przez całe życie, jest dla niego punktem wyjścia, kluczem do pójścia w głąb i wzwyż. Majka nie ukrywał i nie ukrywa swoich afektów czy emocji, ale nigdy na nich nie bazuje. Rozumie, zazwyczaj znacznie lepiej od innych, iż w żywiole piękna musi być miejsce nie tylko na własną prawdę i własne dobro. I że tylko we współpracy ze Stwórcą (czy jak inni wolą: nieznaną siłą) możliwe jest przybliżenie się do tego, co określamy mianem tajemnicy istnienia. A zatem: bycia w świecie i wykraczania poza granice ludzkiego poznania. Co niekiedy nazywamy człowieczym dramatem. Co bywa afirmacją lub zaprzeczeniem woli życia. Co czasem pobudza do myślenia i porusza równie mocno jak miłość i śmierć.
*

Яна Макух, rocznik 1998, po ukończeniu szkoły o artystycznym profilu w Mikołajowie, w 2018 roku przeniosła się do Warszawy. Po dwóch latach postanowiła spróbować swoich sił na tamtejszym wydziale malarskim Akademii Sztuk Pięknych. Podejmując kolejne wyzwania nie ukrywała, iż oprócz osobistych doświadczeń, jak i bieżących wydarzeń, impulsem do pracy jest dla niej odnalezienie własnego, unikalnego stylu. Na miarę tego, co u schyłku Belle Époque sprawił Kazimierz Malewicz Czarnym kwadratem na białym tle, uznanym za pierwsze dzieło nieprzedstawiające. Wykorzystując dostępne materiały i środki chętnie eksperymentowała. Po oczarowaniu dadaizmem i suprematyzmem zajęła się tkaniną i malarstwem ściennym. Po rozsmakowaniu się w abstrakcji powróciła do sztuki figuratywnej. W ostatnich latach myślą przewodnią jej twórczości stało się nieszczęście wojny. Po napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku dotknęło ono również jej rodzinne miasto. Poprzez swoje obrazy – jak nieraz zapewniała – próbuje zwrócić uwagę na tragiczne doświadczenia i dramat kraju broniącego nie tylko swojej niepodległości, lecz zachodniej cywilizacji. Stara się przeciwdziałać kłamliwej propagandzie i fałszywym informacjom rozpowszechnianym w mediach społecznościowych. Interesuje ją – wzorem Stanisława Baja, u którego praktykowała – praca w żywym materiale powierzchni i struktury obrazu. Duże znaczenie ma dla niej gra światła i ujrzenie siebie, lecz nie w naturalnym odbiciu, co w odniesieniu do realiów, do niejednokrotnie bolesnych uwarunkowań. Jej obrazy są pełne reminiscencji, a także niepokoju i melancholii, a w sumie specyficznej aury. Albowiem ciało, zmysłowa obecność, fizyczność – eksplorowane na różne sposoby – to jej modus operandi. Obnaża, lecz nie cielesność, a postrzeganie tego, co pozornie niedostrzegalne, a zarazem namacalne. Realnie istniejące i dostępne, lecz jedynie dla tych, którzy czują i myślą, nie zamykają swoich oczu i serca.
*
Ani sztuki, ani mądrości nie da się zgłębić, a tym bardziej upowszechnić, zapominając o ludzkim dramacie wyboru i myśleniu w żywiole piękna. Nie mówiąc już o prawdomówności i dążeniu do dobra, chroniącym przed brakiem empatii i przed przewrotnością w ujmowaniu rzeczy i zdarzeń.
Hans-Georg Gadamer zauważył kiedyś, iż zainteresowanie innością otwiera na dialog i daje możliwość porozumienia się, także między osobami odległymi od siebie w czasie. Gianni Vattimo, powołując się na Hegla, przywoływał zjawisko przypodobania się do gustu mas pozostających we władaniu kiczu, przyczyniające się do izolacji i degradacji sztuki. Z kolei Luigi Pareyson zwracał uwagę na postawę poznawczą, która pomaga dostrzec piękno. Najpierw jednak, żeby okazało się to możliwe, trzeba przestać patrzeć na naturę czy własne otoczenie wyłącznie przez pryzmat użyteczności. Równie ważne jest – jak to określał autor rozprawy Estetica. Teoria della formatività – żeby robienie sztuki, czyli πρᾶξις [praxis], nie stawało się prostackim moralizatorstwem. Albowiem wówczas – jak przypominała Katarzyna Kasia – zatraca ono swój charakter i praktycznie przestaje być sztuką.
Myślenie i działanie w żywiole piękna nie jest zadaniem łatwym, ale można mu sprzyjać. Albo sprawić, że spotkanie – jeśli wolno użyć słów z książki Rzemiosło formowania – „dwóch nieskończoności: kosmosu osoby i formy”1, okaże się niemożliwe.
Marek WITTBROT
1 Katarzyna Kasia, Rzemiosło formowania. Luigiego Pareysona estetyka formatywności, Kraków 2008, s. 114.
Marek Wittbrot – w latach 1991-1999 prowadził „Naszą Rodzinę”, obecnie zaś jest redaktorem „Recogito”.
Recogito, rok XXVI, listopad 2025
