Ułomki

Bez tytułu (Vallée-aux-Loups, 2025) © Marek Wittbrot

***

22 lipca 2026

Zapomniany dzisiaj nieco pisarz, poeta i dramaturg, Roman Brandstaetter, Żyd i konwertyta na chrześcijaństwo, wyznaje w telewizyjnej rozmowie, zarejestrowanej w jego ciasnej pracowni w 1980 roku, iż źródłem pisania jest dla niego moralność. To bardzo odważna deklaracja, skrajnie radykalna. Podobny radykalizm odnajduję między stronicami tomu poetyckiego Krzysztofa Kuczkowskiego „Głosolalia”. Poezja to bardzo poważna sprawa – zdaje się mówić poeta i przywołuje myśl Novalisa, dla którego poezja jest wielką sztuką transcendentalnego uzdrawiania. I dalej powiada Kuczkowski, iż poeta może grać różne, często skrajnie odmienne role, ale najważniejsze zawsze jest to, by pozostawał wierny linii autentycznej poezji i by jego twórcze ja nie zostało zdominowane przez władcze ego, wówczas bowiem poeta traci autentyczność i wiarygodność, stając się – o zgrozo – wytwórcą galanterii poetyckiej. A żywot jej jak wiadomo chwilowy – ani twórczemu „ja”, ani tym bardziej władczemu „ego” nie o to przecież idzie ….  Czytajmy Kuczkowskiego, odkrywajmy Brandstaettera.


***

23 lipca 2026

Przeczytałem u Marka Zagańczyka taką myśl: Stukotem pracy zagłuszamy grozę istnienia. I jakoś mi ta groza nie gra, nie pasuje. Wolę mówić o trwodze istnienia.


***

24 lipca 2026

Szczęście to wspomnienia powiada Helen Weinzweig. To bardzo optymistyczna myśl, zgodna zresztą z jednostkowym doświadczeniem – zwykle najlepiej pamiętamy to, co było dla nas dobre, ciekawe, co było spełnieniem oczekiwań, zaskakującym źródłem zachwytu, pozytywnych doznań. Do tego zwykle wracamy. Ta myśl pisarki, jakkolwiek prawdziwa, jednocześnie jednak wyklucza, nie bierze pod uwagę tych, którzy trwają zamknięci w swoistym pancerzu ochronnym, bo doświadczali w przeszłości zła ponad swoją miarę. Teraz nie chcą do tego zła wracać, poranieni nie radzą sobie jednak z uwolnieniem się od niego, odrzuceniem go, ciągle nękani wspomnieniami traumatycznych doświadczeń. Oni żyją tuż obok, przynajmniej dobrą myślą trwajmy przy nich.


***

25 lipca 2026

Dziewiętnastowieczny francuski pisarz, polityk i dyplomata, François-René de Chateaubriand tak w roku 1833 opisywał istotę swojej relacji z dookolnym światem:

Gdyby wiedziano, ile cierpienia przysparzają mi salony, dusze litościwe nigdy nie zaszczycałyby mnie swoimi zaproszeniami. Do najdotkliwszych udręk mojej minionej świetności należało przyjmowanie i składanie wizyt, wydawanie balów, urządzanie przyjęć, rozmowy i uśmiechy, gdy wprost konałem z nudów, prawienie w pocie czoła grzeczności i okazywanie zainteresowania – oto jedyne prawdziwe troski, którym usiłowałem sprostać. Ilekroć spadałem ze szczytu powodzenia, odczuwałem nieopisaną radość, że wracam do mojej biedy i samotności, że mogę zrzucić szamerunki, gwiazdy i wstęgi orderowe, włożyć stary surdut i smagany deszczem i wiatrem znów iść brzegiem Sekwany na poetycką przechadzkę w stronę Charenton lub Saint-Cloud.


Być zatem, a nie bywać, bo nie uczestniczyć; nie uczestniczyć, więc nie bywać, a mimo to być. Jak to możliwe? Dlaczego? Powód zamknąć można by właściwie w jednym zdaniu – otóż bywanie jest czymś przelotnym, chwilowym; okazjonalnym, więc powierzchownym (?). Pewnie tak. Bycie natomiast to coś trwałego, pewien proces rozgrywający się w dłuższej, nie chwilowej, perspektywie czasowej. Jak ma się to do sztuki i do tej przestrzeni nazywanej życiem artystycznym oraz tego wszystkiego, co wokół owych kategorii się od-bywa? Otóż problem jest zasadniczy i niezwykle istotny z punktu widzenia kogoś, kto twórczo praktykuje sztukę na swój niedoskonały sposób, aczkolwiek jakoś tę doskonałość projektuje i nieprzerwanie do niej dąży (jest w procesie), zdając sobie sprawę – mimo uniesień wynikających z chwilowego poczucia spełnienia, że owej doskonałości nigdy nie będzie mu dane osiągnąć.

Zasadniczość tak postawionego problemu sprowadzić można do czegoś, co – w największym skrócie – określić wypada jako konieczność unikania rozproszenia. To, co zewnętrzne wobec artysty, co chwilowe, powierzchowne, rozprasza, absorbuje i odciąga od tego, co wewnętrzne. We wnętrzu bowiem rozgrywa się to najważniejsze, w nim tkwi istota relacji rozumnego i wrażliwego podmiotu z tym, co ponad-światowe, nienazwane, co stanowi podstawę aktu twórczego – Tajemnicą/Transcendencją/Bogiem, zupełnie innego rodzaju przestrzenią znajdującą wyraz w dziele, które pretenduje do miana dzieła sztuki.

Czy zatem powstająca współcześnie literatura jest jeszcze sztuką, czy może już tylko sprawnym rzemiosłem, tworem kogoś, kto dokładnie wie jaki ma target (co za okropne słowo) i pisze tak, by spełniać oczekiwania odbiorców ów target stanowiących? Książka zaś, czyli efekt tych zabiegów, to już tylko produkt, a jego sprzedaż to kwestia sprawnego marketingu i reklamy. Czysta ekonomia.

Cóż zatem z artystą, pisarzem/poetą, którego współczesność dość dawno już wtrąciła do odległej i głębokiej niszy, który sam często świadomie wybiera dla siebie samotność i skupia się na tym, co w nim wewnętrzne, każdym kolejnym tekstem mozolnie próbując zbliżać się do Tajemnicy. Ten model postawy, twórczego skupienia, zdaje się być, niestety, w fazie zaniku. Istnieje bowiem współcześnie wcale liczna grupa autorów, którzy bardzo lubią uchodzić za mędrców wygłaszających złote myśli na dowolny temat, popisujących się przy tym nadzwyczajną pewnością siebie. Gdy to robią, grają nie swoje role, rozmijają się z prawdą o sobie samych, powodowani próżnym pragnieniem zdobycia szerokiego (na swoją bardzo skromną miarę) poklasku. Tymczasem– chciejmy wierzyć – w skrytości swego wnętrza, w chwili wolnej od medialnych fleszy, tudzież ekwilibrystycznych popisów podczas spotkań autorskich, okraszanych często dość mętnymi wywodami, zmagają się z własną niepewnością i niewiedzą, dramatyczną tęsknotą za Sensem. Taka jest naga o nich prawda. Jeśli jest inaczej, pozostaje jedynie celebrycki blichtr i pozór, ucieczka od wolności, ucieczka od siebie. Wielkie Nic.


***

25 lipca 2026

powroty, znikanie
coraz dłuższe noce coraz krótsze dnie
zaledwie wczoraj tętniące nadzieją
teraz już tylko strwożona samotność
bo samotny jest koniec choć nie do końca jasny
tymczasem przejdą śniegi
z południa powrócą bociany
a park znów dłużej rozbrzmiewać
będzie radosnym gwarem dzieci
życie na powrót zda się nieskończone jedynie
samotni nomadowie dźwigać będą na barkach
gorzką wiedzę o tym że za węgłem
tej beztroskiej pogody czai się już
wyczekując krótkich dni kolejny sezon
nieodwoływalnych wyroków


***

26 lipca 2026

Nasza noblistka Olga Tokarczuk, mówiąc nie tak dawno o swoich literackich dokonaniach, była łaskawa stwierdzić, iż są one adresowane do czytelników myślących, inteligentnych, krótko mówiąc – do czytelniczej elity, która nie wyraża się o dziełach autorki inaczej jak tylko ze zrozumiałym zachwytem. Dzisiaj okazuje się, o zgrozo, że Tokarczuk miała na myśli czytelników „sztucznie inteligentnych”, to znaczy takich, którzy czytają ze zrozumieniem na dopalaczu pod nazwą AI. Całe więc szczęście, że mamy zaledwie jedną żyjącą noblistkę.

Maciej KRZYŻAN

Maciej Krzyżan (1965 – ), poeta. Opublikował kilka zbiorów wierszy, ostatnio tomik 33 wiersze albo powidoki (2021). Mieszka w Gnieźnie.

Recogito, rok XXVII, lipiec 2026